Sprawa jest bardzo poważna i nie ma nic wspólnego ze wzbudzaniem taniej sensacji, łatwym poklaskiem, ani też transcendencją moralną dla ubogich. Życie i śmierć człowieka to dwie krańcowe wartości i z całą pewnością winno się do nich podchodzić z należytym szacunkiem, bo inne zachowania z wartościami nie licują. Cieszymy się z narodzin dziecka, płaczemy nad trumnami bliskich nam ludzi, bliskich nie tylko w znaczeniu pokrewieństwa. W tym zakresie nie mam ochoty niczego zmieniać, ponieważ nie jestem zainteresowany krzewieniem barbarzyństwa, natomiast muszę zweryfikować swoje dotychczasowe postawy, które wiążą się z wymuszonym szacunkiem dla marnego życia zakończonego wybitną śmiercią. Długi czas poddawałem się obyczajowi, niektórzy twierdzą, że katolickiemu nakazowi religijnemu, ale to nieprawda, nie istnieje obowiązek milczenia nad trumną zmarłego i nie ma obowiązku wygłaszać laudacji. Sentencja de mortuis aut bene aut nihil, do której najczęściej odwołują się cenzorzy śmierci i życia, nie ma nic wspólnego z religią, słowa te wypowiedział niejaki Chilon ze Sparty, poganin i grecki filozof. Dotarłem do źródeł, aby obalić pierwszy fałszywy mit, to nie Jezus Chrystus i nie papież wprowadzili w życie, co do zasady słuszną regułę, na którą powołują się głównie katolicy, ale też niewierzący. Nie wiem w jakich okolicznościach padło to zdanie, ale domyślam się, że miało wyrażać szacunek dla zmarłego, z którym autor głęboko się nie zgadzał, ale w obliczu śmierci wyrozumiale pochylił się nad jego życiem. Dotąd zgoda, jeśli tylko jakiś sąsiad nie oddał mi 50 złotych albo palnął po pijaku parę wyzwisk, czy też nie był wybitnym myślicielem, jednak na co dzień dało się z nim wytrzymać, to rzeczywiście tylko ktoś małostkowy poleci do rodziny zmarłego z całą szczerą prawdą. W podobnych okolicznościach prawda nie jest nikomu potrzebna, zmarły nie usłyszy, rodzina chce widzieć te lepsze strony życia i tylko głosiciel prawdy może się „moralnie” wyżyć.
Wszystko diametralnie się zmienia, po odwróceniu ról i znaczeń. Od wczoraj do mojego domu, przy pomocy telewizyjnego i komputerowego ekranu wjechała trumna Władysława Bartoszewskiego. Nie prosiłem o to, ale tragedii nie robię, nic nadzwyczajnego, inaczej umiera król inaczej chłop, jak pisała poetka. Przeżyłbym w milczeniu tę wiadomość za radą greckiego filozofa, w pełnym milczeniu, ale to trumna zaczęła do mnie mówić, walić mnie po głowie, zatykać mi usta. Ktoś złamał tradycję, ktoś złamał obyczaj i tuż po tym śmiertelnym grzechu oczekuje ode mnie pokornego przyjmowania fałszu jako świętości. Moim molarnym i intelektualnym obowiązkiem jest oddanie szacunku dla życia i śmierci, poprzez zweryfikowanie kłamstw przyniesionych w trumnie. Umarł Władysław Bartoszewski, miał 93 lata. Z epitafium powinien zniknąć tytuł profesora, ponieważ nieboszczyk zaledwie skończył szkołę średnią. Jest wielką niegodziwością wobec zakatowanych i cudownie ocalałych więźniów obozu Auschwitz wspominanie na klepsydrze Władysława Bartoszewskiego o jego pobycie w obozie. Zmarły nigdy nie potrafił powiedzieć dlaczego i nie chciał wytłumaczyć jakim kosztem z obozu został zwolniony. W najlepszym razie półprawdą jest, że Władysław Bartoszewski był Powstańcem Warszawskim – nie był. Gdy jego koledzy i koleżanki rzucali butelki z benzyną na czołgi i ginęli w kanałach, on kleił koperty i fasował konserwy. Ktoś wyjątkowo zakłamany i niemądry wyrył na trumnie Władysława Bartoszewskiego szacunek dla ludzi, Polski i Polaków, wyrażony umiejętnością słuchania i cierpliwego przekonywania do swoich racji. Inny nieszczęśnik uczynił ze zmarłego wzór patriotyzmu, świętą osobistość i model wzorowego Polaka. Uchowaj nas Boże przed takim pojmowaniem polskości, przed takim traktowaniem Polaków przez Polaka, przed takimi wykładami, jakimi w głowach, dla kariery, mącił ludziom nieboszczyk.
Ludzi mali, ludzie źli, wjechali do mojego domu z głośną, pełną niedorzecznych frazesów trumną, Podsunęli mi pod oczy i duszę ten urnę zakłamania, kazali klęknąć i odmówić litanię albo milczeć. Tak się nie tworzy pomników, tak się gwałci i torturuje, tak się nie oddaje szacunku zmarłym, tak się profanuje zwłoki i nie daje żyć. Granicą szacunku dla śmierci jest minimum przyzwoitości za życia. Zmilczeć można występki, głupstwa, wpisane w życie wzloty i upadki, ale nie wolno milczeć, pod karą utraty godności, gdy fałszywy życiorys staje się fałszywym autorytetem. Który to już raz zamiast półboga wyrzeźbiono świątka, zamiast wiecznej opoki zatańczyły ruchome piaski, zamiast wielkości eksplodowało rozdęcie, zamiast nieśmiertelnego wzorca wyprodukowano kopię jednorazowego użytku. Milczenie zapadnie już a kilka dni, a najszybciej zamilczą dzisiejsi klakierzy, którzy trumną chcą zabić głosy sprzeciwu i własne sumienie. Komu po drodze z taką tradycją nich idzie i nie ogląda się za siebie, mnie trumną spałować się nie da i kneblowaniu fałszywym życiorysem nieboszczyka też dam odpowiedni odpór. Mogłem milczeć, gdyby mnie nie usiłowano zakrzyczeć, chciałem przejść obojętnie, ale ktoś mnie zaczepił i usiłował „moralnie” napastować.
Matka Kurka
Za http://kontrowersje.net/





