Efektowna konwencja prezydencka Andrzeja Dudy wprawiła w popłoch medialnych i politycznych funkcjonariuszy „frontu jedności Czeciej RP”, rozbudzając jednocześnie nadzieje patriotycznych i katolickich wyborców. Tylko czy my już tego kiedyś nie przerabialiśmy?
(…) Zupełnie jak w roku 2005, w przeciągu kilku miesięcy będziemy mieć do czynienia z podwójnymi wyborami – do parlamentu i prezydenckimi. Jeśli tylko największa partia opozycyjna nie odda ich walkowerem poprzez „odpuszczenie” kontrolowania przebiegu głosowania i liczenia wyników, stanie przed szansą odebrania władzy skompromitowanej aferami i prowadzącej wprost do demontażu polskiego państwa koalicji rzeczników interesów zagranicznych potęg. Energiczny start kampanii kandydata PiS wskazuje, że to scenariusz całkiem realny (…)
A już było tak pięknie… Pomysł na reelekcję Bronisława Komorowskiego wydawał się prosty i również sięgający do sprawdzonego wzorca z przeszłości, przetestowanego niegdyś przez sztab Aleksandra Kwaśniewskiego: rubaszny „brat łata”, niewchodzący w ostre konflikty, do bólu (pardon, do bulu) koncyliacyjny, a kiedy trzeba, twardo broniący interesów swojego środowiska. Notujący raz po raz wizerunkowe wpadki, starannie jednak tuszowane przez propagandową orkiestrę. Słowem, idealny kandydat elektoratu grillowo‑tabloidowego.
Prezydencka amnezja
Jak kruchy to wizerunek, świadczyła chociażby desperacka wręcz akcja największych stacji telewizyjnych, przeprowadzona 18 grudnia ubiegłego roku, w dniu zeznań Bronisława Komorowskiego przed sądem w trakcie procesu dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Zarówno TVN, Polsat, jak i TVP zadeklarowały chęć transmitowania rozprawy na żywo, zajmując tym samym limitowane miejsca. Urzędujący prezydent w roli świadka to potencjalny news dnia, gdy jednak rozprawa się rozpoczęła, profesjonalny przekaz popłynął na żywo tylko przez kilka minut na antenie Polsat News. Pełny przebieg rozprawy mogli więc obserwować w dalekiej od ideału jakości jedynie widzowie Telewizji Republika, gdyż prowadzący sprawę sędzia Stanisław Zdun w ostatniej chwili zgodził się na transmisję przez… telefon komórkowy dziennikarza stacji Michała Rachonia.
Tak więc, wskutek informacyjnej blokady masowy widz nie miał okazji przekonać się, na jak poważną amnezję cierpi pierwsza osoba w państwie. Prezydentowi udało się nawiązać do efektownego wyniku byłego rzecznika rządu Donalda Tuska, Pawła Grasia, który niemal dokładnie rok wcześniej podczas tego samego procesu, na blisko osiemdziesiąt zadanych mu przez oskarżonego pytań odpowiedział: Nie pamiętam, na kilkanaście innych: Nie umiem powiedzieć, na kilka zaś kolejnych: Nie chcę kłamać.
Z kolei w trakcie rozprawy w grudniu 2014 roku sędzia Zdun seryjnie uchylał pytania oskarżonego, zmierzające do ustalenia związków prezydenta ze środowiskiem byłych oficerów postsowieckich Wojskowych Służb Informacyjnych. Chodzi, na przykład, o fundację „Pro Civili” odpowiedzialną za wyprowadzenie setek milionów złotych z Wojskowej Akademii Technicznej podczas między innymi rządów Komorowskiego w resorcie obrony.
(…)
Postsowieckie powiązania nie wyczerpują, rzecz jasna, listy grzechów Komorowskiego, wytrwale pracującego nad podtrzymywaniem jakże szkodliwego dla pookrągłostołowej Polski „etosu Unii Demokratycznej” – partii sankcjonującej za pomocą solidarnościowych legitymacji swoich liderów wszelkie konsekwencje niegodziwego porozumienia z komunistycznym aparatem PZPR–SD–ZSL (…).
Czy katolik może być łatwowierny?
Przeciwko Komorowskiemu w szranki, których stawką jest najwyższy urząd w państwie, staje polityczny wychowanek prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W przypadku zwycięstwa Andrzeja Dudy możemy się spodziewać wyhamowania wielu niszczących państwo procesów, jak destrukcja armii i potencjału surowcowego kraju, wyprzedaż resztek rodzimego przemysłu i infrastruktury energetycznej czy ideologiczna ofensywa skrajnej lewicy znajdującej coraz większy posłuch w rządzącej obecnie ekipie.
Wyhamowania, ale czy odwrócenia? Weźmy chociażby kwestię obrony życia. Jeśli ewentualna prezydentura kandydata PiS ma oznaczać powrót do polityki Lecha Kaczyńskiego, to możemy się spodziewać między innymi konserwowania (do czasu, czyli do, na przykład, recydywy rządów Platformy starającej się już teraz odbić elektorat skrajnej lewicy) zgniłego kompromisu aborcyjnego. Sam Duda zasugerował to już zresztą w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” (…).
A czy katolik może z czystym sumieniem poprzeć już w punkcie wyjścia (czytaj: w pierwszej turze wyborów) partię bądź kandydata, dla którego nie stanowi priorytetu oparcie państwa na etycznym fundamencie szacunku dla każdego ludzkiego życia?
Powiedzmy uczciwie, katolicy w Polsce uczynili wiele, by partia odwołujących się do etosu przedwojennej PPS braci Kaczyńskich, wychowanków Jana Józefa Lipskiego, nie musiała kruszyć kopii w obronie spraw istotnych dla olbrzymiej części swojego elektoratu. Nie sposób nie przywołać tu kilku faktów z przeszłości: haniebnego zaniechania w latach 2006–2007 batalii o konstytucyjne zagwarantowanie prawa do życia od poczęcia; ministerialnych nominacji dla Joanny Kluzik‑Rostkowskiej w rządach PiS czy wspierania przez prezydentową Marię Kaczyńską skrajnych postulatów feministycznych. Znaczące środowiska katolickie, zwłaszcza te dysponujące tak istotnymi środkami oddziaływania jak masowe media, poprzez swe niemal bezwarunkowe poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości utwierdziły wtedy i później szefostwo tej partii w przekonaniu, że wcale nie musi ona realizować postulatów istotnych dla Kościoła (z których obrona życia i tożsamości rodziny wysuwa się na czołowy plan), bo i tak otrzyma poparcie jego opiniotwórczych środowisk. Również i teraz nie możemy się łudzić, że w przypadku wygranej partia Kaczyńskiego i Dudy uzna za swój priorytet kwestie, których jedynym rzecznikiem pozostaje Kościół, jeśli nie poczuje na plecach realnej presji katolickiej opinii publicznej. Katolickiej, czyli bezwzględnie wiernej nauczaniu Chrystusa i nieskłonnej do naiwnego (bądź za doraźne korzyści) ulegania zaklęciom politycznych graczy.
Roman Motoła
Za pch24.pl




